|
Mejlik
Kurwiszon-archiwiszon
Tu byłem, Tony Halik
|
Słońce mówi
Wystarczająco wiele gówna upłynęło już w Wiśle od wydarzenia, żebym mógł je zrelacjonować. Na koncert sobie poszedłem. W niedzielę. Tę dwa tygodnie temu. Miałem pierwotnie iść na koncert w sobotę, ale z przyczyn różnorakich nie poszedłem. Poszedłem tedy w niedzielę, dzięki czemu uniknąłem (niekoniecznie w tej kolejności) darmowości, monstrualnej kolejki, wygłaszania uwag na temat częstotliwości korzystania przez zawiadowców Fabryki Trzciny z synapsów, miętowej wódki oraz ekscytującej wieczornej wyprawy midylklasową taksówką na coraz bardziej midylklasową Praszkę. W niedzielę zamiast powyższych był tłok (miał być gorszy), Żoliborz (nie poznałem, choć mieszkałem o rzut beretem) i knajpa, do której kiedyś mnie nie wpuścili wymawiając się zamkniętością imprezy (do dziś nie wiem, czy naprawdę była zamknięta, czy tylkośmy z kolegami nie byli dość wyględni). Muzyka była ta sama co w sobotę. Zespół SunSay nie jest w Polszcze gwiazdą i pewnie nigdy nią nie zostanie, a szkoda, bo przebojowością wszelkie krajowe przeboje przebija i wciąga nosem tak, że jeszcze zostaje dość miejsca na podłubanie. W dużym skrócie historia wygląda tak. Był sobie ukraiński duet 5’nizza, który wyczyniał okołoregałowe i inne brewerie na gitarę akustyczną i dwa głosy. Nagrał dwie płyty i się w 2007 r. rozpadł. Przed rozpadnięciem zdążył zapowiedzieć, że nagra płytę trzecią, tyle że w wersji turbo – z dwoma głosami, gitarą akustyczną, a także innymi instrumentyma znajdującymi się na wyposażeniu każdego szanującego się zespołu. Ale nigdy jej nie nagrał, bo, jako się rzekło, rozpadł się był. Natura jednak nie znosi próżni. Wokalista 5’nizzy, Andriej Zaporożec zwany dla niepoznaki Sun, zastosował maksymę jednego byłego selekcjonera reprezentacji Polski, któremu we Wrocławiu nazwisko skrócili z sześciu liter do jednej: zmienił szyld i pojechał dalej. Wedle mojej wiedzy, zrobił tak w sensie ścisłym, jako wiano wnosząc do nowopowstałego zespołu osierocone piosenki pisane z myślą o trzeciej płycie 5’nizzy. Takie reggae-hip-hop-funk-punk-pop-rock-coś-tam. I co mu wyszło? Wyszło mu zajebiste reggae-hip-hop-funk-punk-pop-rock-coś-tam na dużo więcej instrumentów, niż tylko gitara akustyczna i dwa głosy. Wpadające w ucho, produkujące tony dźwięków, które zamiast mizdrzyć się, delikatnie przepływają mimo ucha i wymagają pochwycenia własnoręcznego, a jak już się pochwyci, to normalnie, trzymajcie mnie we czworo. Zresztą, co ja się będę produkował. Niech się artysta wyprodukuje, skoro bierze za to kesz. Zaproponowana przeze mnie próbka nie jest oczywiście reprezentatywna, bo w zasadzie co kawałek, to trochę inna opowieść, ale jakieś ramy pokazuje. Nawiasem mówiąc, SunSayowi udało się to, na czym niejeden artysta o tak zwanych horyzontach się wypierdolił jak długi – kompromis między różnorodnością i własnym stylem. Ukraińcy trochę wprawdzie oszukują, bo jak się ma tak charakterystycznego wokalistę, jak Zaporożec, to wspólny mianownik ma się właściwie w kieszeni, ale trudno ich winić. Dodatkowo, wspólny mianownik jest taki, że w zasadzie co kawałek to hit. Bez taniej kokieterii i przycinania do gustu tak zwanego przeciętnego słuchacza Radia Zet. Ten wstęp poczyniwszy dochodzimy do naszych baranów, czyli koncertu, o którym pisałem na początku. Zajebisty był. We are the Dinghy! 2008-12-13 19:26:00 skomentuj (2) Summertime Wracając z pracy do domu zawsze pilnuję, żeby praca nie przyszła za mną. A kiedy przekraczam próg, natychmiast zatrzaskuję drzwi, żeby nie udało jej się prześliznąć, jeśli już za mną przylazła. Czasami jednak zdarza się, że pomimo moich starań, praca przychodzi za mną i wślizguje się do mieszkania. Podchodzi wtedy zerka mi zza pleców i pyta: Co tam masz? Bloga? O, fajnie. Ja też do niego chcę. I wskakuje. Wenn ist das nunstück git und slotermeyer? Ja! ... Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput. I to wcale nie jest śmieszne. We are the Dinghy! 2008-11-01 18:43:53 skomentuj (2) Why so serious? Here's my card... We are the Dinghy! 2008-09-06 12:04:03 skomentuj (7) Wybierz trupa Są takie zespoły i płyty, które wymykają się standardowemu podziałowi na gatunki muzyczne, których muzykę nazwać można jedynie opisowo. Takim zespołem jest na przykład Soil, klasyczny przedstawiciel gatunku „prosto i z jajem”. I do takich zespołów należy chyba zaliczyć System Of A Down - najlepsza bowiem definicja ich twórczości jaką usłyszałem brzmiała: „przekazywanie ważkich treści na kozackiej muzyce”. Problem polega jednakowoż na tym, że po dwóch niesamowicie świeżych płytach w ich muzyce czuć było coraz więcej napinki, co nie robi dobrze ani ważkim treściom, ani kozackości muzy. Czy to jednak musi oznaczać, że styl umarł? Bynajmniej, a przekonała mnie o tym niedawno wydana solowa płyta wokalisty SOAD Serja Tankiana „Elect The Dead”. Treści jak to u Tankiana – ważkie i niebanalnie podane. A muza? Cóż, muza, złoci moi... Gdybym miał ją określić w dwóch słowach – powiedziałbym „agresywnie melodyjna”. Melodii na tej płycie mnóstwo i w zasadzie wszędzie, gdzie tylko spojrzeć – melodyjne zaśpiewy, melodyjne gitary, fortepiany, ba, niemalże melodyjne bębny. Melodyjne czady i melodyjne ballady. Melodyjne przeboje i melodyjne czołgowgnioty. Ale to nie pop. To nie są melodie wpadające w ucho i wypadające, kiedy sobie tylko tego zażyczymy. Bo mamy do czynienia z melodią rebeliancką, melodią na przekór, mówiącą całemu światu fuck you. Melodią rzucającą się do gardła, kopiącą z buta i oznajmiającą – chcę, żebyś zrozumiał. Melodią mającą w dupie, co sobie o niej pomyślimy. Miłośnik System Of A Down słuchając „Elect The Dead” poczuje się jak w domu. Znany i charakterystyczny głos, ale także znajomo brzmiące gitary i generalnie wszystko inne również znajome, niedaleko bowiem pada Tankian od Systemu. Energicznie, trochę czadowo, a trochę spokojnie. Czasem nieco punkowo, czasem metalowo, że proszę siadać. Tyle, że to nie SOAD jaki jest, a raczej jaki być powinien. Nie napięty, ale właśnie wyluzowany, mogący wszystko i robiący wszystko, na co tylko ma ochotę. Stąd bogate aranżacje – z pokaźną ilością fortepianów i smyczków, niebanalne kompozycje, czasem połamane wbrew wydawałoby się wszelkiej logice, a czasami wręcz obciachowo przewidywalne według najlepszych radiowych standardów. Gdyby SOAD nagrywał takie płyty – złego słowa nie dałoby się na nich powiedzieć. Niesamowite w „Elect The Dead” jest to, że singiel promujący można było wybrać w zasadzie drogą losowania. Nie tylko dlatego, że płyta jest bardzo równa, ale także dlatego, że piosenki dzielą się w zasadzie na dwie kategorie: potencjalne przeboje i potencjalne megahity. Dawno nie słyszałem albumu o takim potencjale naturalnej i niewymuszonej przebojowości. A już takie „Lie, lie, lie” wydaje się wręcz w swej przebojowości przegięte. Przebojowy wstęp prowadzi do jeszcze przebojowszej zwrotki, superprzebojowego brydżyku i nadprzebojowego refrenu. Wszystko wpadające w ucho i wszystko wszyscyrazowe. To już naprawdę zakrawa na prowokację. Wiem, chwalę okrutnie, ale co poradzić, skoro nie tyle się nawet tą płytą zachwyciłem, co raczej zachłysnąłem, jak haustem świeżego powietrza w zatęchłym pomieszczeniu. Tak właśnie, po wymuszonych „Mezmerize” i „Hypnotize”, działa „Elect The Dead”. Nie wiem, jaki to może być omen dla jednej z moich ulubionych kapel – raczej drugi oddech, czy raczej gwóźdź do trumny. Biorąc pod uwagę, że Tankian z Malakianem podzielili się kapelą (Tankian wziął bębniarza, a Malakian – basistę), bardziej prawdopodobny wydaje mi się ten drugi scenariusz. Z drugiej jednak strony, jeśli ma to oznaczać dwa razy więcej ważkich treści i kozackiej muzy – ja jestem za. We are the Dinghy! 2007-11-30 15:46:42 skomentuj (2) Jesień Jesień zawsze sprawia, że odechciewa mi się wszystkiego, co nie jest leżeniem w łóżku. Nie tak bardzo jak zima, ale jednak. W takich chwilach pomysł zostania Finlandczykiem zaczyna brzmieć naprawdę sensownie, bo w końcu nawet mgliste i niepotwierdzone pogłoski o przymusowych wakacjach w ciepłych krajach są lepsze od całkowicie pewnej perspektywy sześciu a może i siedmiu miesięcy podłej pogody. Jesienią zastanawia mnie zawsze dlaczego nasi przodkowie wybrali takie, a nie inne miejsce do zasiedlenia. Jak się zastanowić – to w odpowiedzi na to pytanie kryje się być może tajemnica rozlicznych i malowniczych klęsk naszego narodu. Bo zobaczcie sami – potencjalne odpowiedzi na to pytanie są dwie. Jedna – osiedlili się tu, bo wszystkie fajne miejsca były już zajęte. Druga – uznali, że tu jest fajnie. Innymi słowy, jesteśmy albo potomkami fajtłapów albo głupców. Istnieje jeszcze trzecia możliwość – że byli fajtłapowatymi głupcami („Ojej, wszystkie fajne miejsca są już zajęte. Ale to nic, tu też jest fajnie”.) Myślę, że skoro tak lubimy i chlubimy się rozmaitymi spektakularnymi klęskami nie ma powodu, żebyśmy lekceważyli klęskę pierwotną. Może warto byłoby stworzyć odpowiednie święto – np. Dzień Błędnie Wybranego Miejsca Osiedlenia. Najchętniej w połowie listopada albo w połowie marca, kiedy człowiek nigdy nie wie co się trafi – może ulewa i porywisty wiatr, może brudna chlapa po pierwszym/ostatnim śniegu, a może pieprzona śnieżyca i -20 stopni. Czego i państwu życzę, bo niestety na pewno się spełni. We are the Dinghy! 2007-10-17 20:37:13 skomentuj (11) Festina lente... ...mówili starożytni, więc pomny rad Gustawa Holoubka, mojej nauczycielki geografii z liceum i innych pamiętających czasy rzymskich legionów zastosowałem się. Że nikt już nie pamięta - nie szkodzi, ja chętnie przypomnę, choćby gwoli wzbogacenia wiedzy ogólnej, która jak wiadomo zawsze dobrze brzmi o ile ją wygłaszać z dużą pewnością siebie. Skoro zapowiedziałem, że następna notka będzie o tym właśnie, to w ramach ćwiczenia konsekwencji piszę, mimo iż to przecież kompromitacja dużego kalibru. Choć więc minęło trzy i pół miesiąca – krótkie podsumowanie Open’era w formie rankingu. Wygrali oczywiście... 1. Beastie Boys – koncert drugi. W zamkniętym pomieszczeniu, więc kontakt z publicznością większy. I cieplej, co w okolicznościach przyrody było nie bez znaczenia. Miało być instrumentalnie, było na żywo, ale na ogół jednak z wokalami i bardzo dobrze. Magia. Wszystko. Drugie miejsce zajęli natomiast... 2. Również Beastie Boys – koncert pierwszy. Na otwartej przestrzeni, więc kontakt z publicznością mniejszy. I zimniej, a przez chwilę nawet padało. Za to z „Sabotage” i „Intergalactic”. Również magia. 3. The Roots – Ha. Najenergia, nadenergia i w ogóle czad. W przeciwieństwie do przygnębiającej większości hip hopowców – muzycy. Wystartowali po Sonic Youth, o 23.00 i w zimnie, deszczu i generalnie chujowatych okolicznościach przyrody, po czym rozbujali wszystko, co tylko dało się rozbujać, wliczając pobliskie stoiska z piwem. No i wielki murzyn z tubą, szacunek. 4. Bjork – może byłaby wyżej, gdyby pierwsza połowa jej koncertu nie nakładała się na koncert drugi Beastie Boys. A po koncercie pierwszym nie miałem nawet krzty wątpliwości przy kim racja w tym sporze. Tak czy inaczej – masakra tak soniczna, jak i wizualna. W przeciwieństwie do... 5. Muse – gdzie masakra była tylko wizualna. Sonicznie potwierdziło się to, co zawsze myślałem o tym zespole. Bardzo sprawni muzycy, sympatyczna, choć trochę zbyt nadęta muzyka i wokalista dla mnie absolutnie nie do zniesienia. Skrzyżowanie Thoma Yorke’a, którego nie trawię z Arturem Rojkiem, którego nie trawię również. Pono szołmen, ale jak na mój gust nieco zbyt wystudiowany, a przy okazji za bardzo lubi pieścić się po instrumencie przy ludziach. 6. Laurent Garnier – widziałem i słyszałem go przez jakieś trzy minuty, którą zajęło przejście od stoisk z piwem do wyjścia. Jednak to co usłyszałem zrobiło na mnie na tyle duże wrażenie, że postanowiłem bliżej zapoznać się z twórczością. Z tego co usłyszałem nikt tak nie zakurwił, w dodatku z udziałem absolutnie schorowanego i agresywnego saksofonu czy jakiegoś innego dęciaka (pewnie z klawisza). Jedyny widziany przeze mnie przedstawiciel sceny metalowej. Techno? Yeah, right. Garniera jak powiedziałem, słuchałem przez trzy minuty w przeciwieństwie do... 7. Sonic Youth - których nie słyszałem w ogóle. Połączone siły robotników drogowych kierujących hobbystycznie ruchem i kelnerek, które nie wiedziały co przynoszą, a co jeszcze przynieść powinny sprawiły, że dotarłem niemal dokładnie w momencie, kiedy na scenie zainstalowała się następna kapela. Podobno oczarowali i rozczarowali. Oczarowali, bo są Sonic Youth, legendą, która nie zawiodła oczekiwań. Rozczarowali, bo są Sonic Youth, legendą, która zamiast powalić, zniszczyć i zmasakrować zaledwie zagrała dobry koncert. Ja nie wiem, nie widziałem, ale i tak podobali mi się bardziej niż... 8. Bloc Party – na których koncercie wynudziłem się jak mops. Zamierzałem obejrzeć 45 minut i przenieść się na Beastie Boys, a już po piętnastu minutach zacząłem zerkać na zegarek. No, nie jestem w targecie i już, bo fanom ewidentnie się podobało. Nic nie poradzę, kilka ładnych akordów i sympatycznie wyluzowany wokalista to dla mnie za mało. Zwłaszcza, że ostatni raz z takim popisem rytmicznej abnegacji ostatni raz spotkałem się w połowie lat dziewięćdziesiątych na składankach „Best of Eurodance”. Zresztą, wszystko, co trzeba wiedzieć o muzyce Bloc Party powie wam grzywka gitarzysty. 9. Więcej grzechów nie pamiętam 10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. PS. Po raz kolejny witam i mam nadzieję, że nie żegnam zarazem. We are the Dinghy! 2007-10-13 16:18:34 skomentuj (2) B-Boys were in town Mogłem się spodziewać, że czas słodkiego nieróbstwa i delektowania się kapitalną muzyką będzie krótki i skończy się z hukiem. Prosto z Open'era poleciałem do pracy (niemal dosłownie, pomiędzy wyjściem z samochodu, a wejściem do pracy zdążyłem zdjąć plecak, wyjąć z niego to i owo i wziąć prysznic). I wygląda na to, że prędko nie wyjdę. Krótkiej relacji jednak nie odpuszczę, tyle, że chwilowo nie wiem kiedy będzie okazja ją wyprodukować. Na razie zdradzę tylko, że ja też chcę być białym nowojorskim Żydem i grać czarną muzykę. Stay tuned. We are the Dinghy! 2007-07-04 16:03:35 skomentuj (1) |